Zima jaka jest, każdy widzi. Aż trudno uwierzyć, że tak to może wyglądać. Jakim więc wspaniałym pomysłem okazało się otwarcie w Szczytnie sztucznego lodowiska.

Czytam w prasie o ogromnym powodzeniu owej publicznej ślizgawki. O dopisującej frekwencji i solidnych wpływach do kasy. Cieszy mnie to. Niegdyś jeździłem na łyżwach. Po dawnej, poważnej kontuzji kości podudzia już nie mogę, ale nie umniejsza to mojej radości. Choćby dlatego, że jest to obecnie jedyne miejsce w naszym mieście, gdzie można zobaczyć biały śnieg. Czyli przypomnieć sobie czasy, kiedy zima była zimą. Trochę mnie to rozrzewnia, zatem pozwolę sobie na kilka wspomnień. Zacznijmy od historii.

Łyżwy znano już 5000 lat temu. Wykonywano je z kości zwierzęcych i przywiązywano rzemieniami do butów. W XIV wieku produkowano łyżwy drewniane z metalowym usztywnieniem. Sprzęt całkowicie stalowy zaczęto produkować w połowie dziewiętnastego wieku. Początkowo takie łyżwy miały zaciskowe klamry mocujące je do obuwia. Znacznie później pojawiły się te, które dziś znamy, przytwierdzone do buta na stałe. Łyżwy służyły, jako środek lokomocji w krajach Europy północnej - tych z długimi, mroźnymi zimami. Przede wszystkim w Szwecji, Norwegii, Finlandii i Holandii. Dopiero pod koniec wieku osiemnastego zauważono ich walor rozrywkowy i sportowy. Kilkadziesiąt lat później w całej Europie zaczęto budować obiekty ze sztucznymi lodowiskami. A jak to było w Polsce?

Zaczęło się pechowo.

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.